3.06.2011

gossip girl (plotkara)

weekend w domu, słoneczko i mrożona kawa na balkonie. idealny sposób na odstresowanie się przed sesją. z pozdrowieniami dla zająca, który wypoczywa w jednej z europejskich stolic mody. i’m jealous!

jako że długo się nie odzywałyśmy, a ja nie mam teraz nic lepszego do roboty (poza nauką na egzamin z 60’s… not a biggie…), postanowiłam napisać coś o pewnym post-soapie, który łączy naprawdę wieeeeeelu fanów na całym świecie. ze stu-procentową pewnością mogę stwierdzić, iż jest to chyba jedna z nielicznych pozycji, którą rozpoznaje i zna każdy szanujący się widz seriali telewizyjnych. a i również grono pozostałych, niezainteresowanych tematem ludzi.

‘gossip girl here. your one and only source into the scandalous lives of manhattan’s elite.’ brzmi znajomo?
tytułowa plotkara to bloggerka (stąd nasz sentyment, haha!) o nieznanej tożsamości, która wyjątkowo przebiegle komentuje sekrety nastolatków mieszkających w samym sercu manhattanu, czyli bogatej dzielnicy upper east side. plotkara wyciąga brudy z życia elity w sposób, jakiego nie powstydziliby się sami muckrakerzy. zawsze wie, kto z kim się przespał, kto jest na odwyku, kto szkala swoje dobre nazwisko i pozycję poprzez zadawanie się z niewłaściwym (czyt. biednym!) towarzystwem, kto i co dzisiaj ukradł etc. blog gossip girl to zbiór plotek, kłamstw i sekretów, w które wierzą nastolatki i które napędzają akcję serialu. jak sama powiedziała plotkara: you’re nothing without me. nietrudno się z tym nie zgodzić po obejrzeniu czterech sezonów tego post-soap (a stacja CW zapowiedziała już produkcję kolejnej transzy!).

serial ten jest przewidywalny, nie można temu zaprzeczyć. zaliczam go do kategorii odmóżdżającego guilty pleasure, gdyż oglądam go chyba już z przyzwyczajenia, a nie dla czystej przyjemności. pochwalić można kreacje bohaterów, ale to chyba bardziej zasługa pisarki cecily von ziegesar, na której powieściach oparty jest scenariusz. głośne brawa dla kostiumologów – wykonują kawał dobrej roboty przy ubieraniu aktorów i aktorek! gossip girl stał się przez lata swojej emisji wyznacznikiem mody, za co duży plus.

o fauble pisać nie będę, bo zajęłoby mi to zbyt dużo czasu. znalazłam za to fajny komentarz o tym post-soapie, surfując kiedyś po różnych blogach. świetne spostrzeżenia na to, jak wygląda konstrukcja poszczególnego odcinka gossip girl od kuchni. enjoy!

xoxo gossip girl

13.05.2011

vampire alert!

piątkowe popołudnia zazwyczaj upływają mi na oglądaniu The Vampire Diaries i dzisiaj nic się nie zmieniło. nic poza faktem, że pożegnaliśmy się z sezonem drugim. i to w jaki sposób! Zając się pewnie ze mną nie zgodzi (a może tak...?), ale uważam, iż season 2 finale to jeden z najlepszych odcinków serii, jakie do tej pory mogliśmy zobaczyć. kto by pomyślał, że powiem coś takiego po końcówce poprzedniego sezonu? cóż. finałowy epizod był epicki w zupełnie innym wymiarze. w końcu skończyły się męczące czary i tajemnicze kręgi ognia (btw, jak dla mnie to z czarownicą o nazwisku Bennet powinniśmy się już pożegnać...), a zaczął się ten rodzaj akcji, za jaki kochałam ten serial od samego początku! były emocje (ELENA KISSED DAMON, HELL YEAH!), nieoczekiwane zwroty akcji (Jeremy's ressurection!) i zajawki wątków, których kontynuację zobaczymy w sezonie numer 3 (STEFAN THE RIPPER! xD). z ręką na sercu mogę powiedzieć, że już nie mogę się doczekać powrotu Pamiętników... na jesieni! :)

przy okazji - nowy trailer do czwartego sezonu True Blood! premiera już 26 czerwca na HBO!
(one word: AlexanderSkarsgard!)

12.05.2011

cougar town (miasto kocic?!)

tak, dosyć idiotycznie brzmiący polski tytuł tego serialu może odstraszać. sam serial jednak nie-jest-taki-zły.

małe, amerykańskie miasteczko, typowe przedmieścia - domki jednorodzinne ustawione obok siebie przy malowniczej uliczce, każdy z ogrodem, codzienne słońce... oto sceneria Cougar Town. główną bohaterką jest Jules, zabawna kobieta w średnim wieku, uwielbiająca wino i spotkania ze swoimi przyjaciółmi, grana przez znaną wszystkim z Friends Courteney Cox (swego czasu Courteney Cox Arquette). na jej bezpośrednie otoczenie składają się zabawny i dosyć niemądry byly mąż, wredna przyjaciółka oraz jest superzabawny mąż i dziecko, dorastający syn oraz mężczyźni, z którymi początkowo się spotyka. później mężczyzn zastępuje jeden, wybrany, który poki co nie traci pozycji.

serial opowiada o życiu, wszystkich zabawnych sytuacjach, mniejszych lub większych problemach. sympatyczna komedia o dwudziestominutowych odcinkach, tak naprawdę jednak nie dorastająca do pięt takim produkcjom jak Friends czy That 70's Show (zbieram się powoli do opisania obydwu, szykujcie się!). niewiele można powiedzieć o takim serialiku, oprócz tego, że jest zabawny (umiarkowanie), niektóre postacie odegrane są z większym powodzeniem (Ellie, przyjaciółka Jules - świetna!) inne z mniejszym... ot, zwyczajny show do oglądania jednym okiem. daję wam jednak o nim znać, gdybyście chcieli zagłębić się bardziej w losy mieszkańców Cougar Town :)

hola hola

10.05.2011

newsy, newsy

ode mnie dzisiaj krótka wiadomość, zaserwowana przez przyjaciółkę

KLIK

najwyraźniej House będzie w kolejnym sezonie gościł na naszych ekranach po raz ostatni, a nie wiadomo nawet, czy w pełnej obsadzie! szkoda, że jeden z moich ulubionych seriali ma zniknąć, bo nowe produkcje nie są ostatnio zbyt obiecujące.

veronica mars

od tego post-soapu zaczęła się moja przygoda. połączenie teenage drama z łatwo przyswajalnymi elementami serialu kryminalnego urzekło mnie w pewien sposób od pierwszego wejrzenia. paradoksalnie, pozycji tej nie odkryłam ja, lecz mój tata. stare dobre czasy, kiedy to nowe odcinki perypetii panny mars puszczała rodzima stacja tvn. real good ol’ times!

basically, mamy tutaj do czynienia z mieszkającą w małym mieście w gorącej kalifornii nastolatką, która w wolnych chwilach pomaga swojemu tacie – ex szeryfowi – w prowadzeniu ‘rodzinnej’ agencji detektywistycznej oraz dorabia sobie poprzez pracę w lokalnej kawiarni i jako młodociana pani detektyw wynajmowana przez swoich rówieśników. w końcu każdy potrzebuje się czymś zająć po szkole, czyż nie?

rozwiązywane przez weronikę sprawy różnią się z odcinka na odcinek, jeden motyw pozostaje jednak niezmienny przez 22 odcinki pierwszego sezonu - jest nim morderstwo najlepszej przyjaciółki weroniki, lilly cane (notabene, wokół tego wydarzenia zbudowana jest również fabuła kolejnych sezonów, choć nie jest już to tam wątek najważniejszy). mimo tego, że zabójca lilly siedzi za kratkami, panna mars węszy większą konspirację wokół sprawy i nie odpuści, póki nie dowie się prawdy. trochę wścibska, nieprawdaż? za to ją właśnie lubię. postać weroniki została naprawdę dobrze zbudowana przez scenarzystów. dziewczyna jest uparta, zacięta, ma smykałkę detektywistyczną, jest mądra i silna mentalnie - nawet gdy całe miasto spycha na margines ją i jej ojca, którzy jako jedyni nie wierzą w to, że prawdziwy zabójca lilly wciąż jest na wolności. rodzina mars nieustannie jest na językach śmietanki towarzyskiej neptune, a weronika przechodzi naprawdę trudne chwile w szkole. wraz ze śmiercią lilly traci ukochanego chłopaka, przyjaciół oraz status społeczny, na dodatek w tym samym czasie jej matka ucieka bez słowa, zostawiając córkę i męża samych.

post-soap ten robił furorę w latach 2004-2006, kiedy był na antenie. wcale ten fakt nie dziwi, gdyż przygody sympatycznej nastoletniej blondynki (świetna kreacja roli przez jedną z moich ulubionych aktorek komediowych, kristen bell!) ogląda się naprawdę przyjemnie. po obejrzeniu zaledwie kilku odcinków, znajdujemy swoich ulubionych i mniej lubianych bohaterów, kibicujemy im lub życzymy niepowodzenia; łakniemy rozwiązania tajemniczych zagadek… ten post-soap ma wszystko: miłosne nastoletnie perypetie, kino akcji, emocje, przyjaźnie na dobre i na złe, zdrady etc. po dzień dzisiejszy chętnie wracam do poszczególnych epizodów i wciąż łudzę się nadzieją, że może jednak powstanie obiecany film o przygodach weroniki po latach… najlepiej jako agentki FBI! xD

tymczasem wracam do wtorkowego maratonu serialowego. wciąż czeka na mnie nowy odcinek house’a… by the way, nie mogę uwierzyć, że sezony moich ulubionych post-soapów dobiegają końca! co ja będę oglądać przez najbliższy miesiąc…?!
ciao!

9.05.2011

90210

z racji skończenia eseju z historii (TAK!) oraz wyjątkowo ładnego poniedziałkowego poranka postanowiłam opisać nie co innego jak słoneczny post-soap 90210. nie, nie jest to ten stary serial, o którym być może wspominali kiedyś wasi rodzice. jest to wersja next generation, czyli serial na tych samych zasadach, co jego poprzednik, który nie jest jednak remakiem, lecz w pewnym sensie jego kontynuacją (w epizodycznych rolach pojawiają się postacie z Beverly Hills 90210 z 1990 roku, jako dorosłe osoby).

akcja 90210 rozgrywa się oczywiście w miejscu o tym słynnym kodzie pocztowym - Beverly Hills, Hollywood. bohaterami są w większości rozpieszczone nastolatki, których problemy początkowo obracają się wokół nowych ubrań, samochodów i tego typu przyjemności. w miarę postępowania wszystko zaczyna się jednak komplikować - pojawiają się zabójstwa, gwałty, używanie narkotyków, niechciane ciąże... czyli właśnie to, co świat uważa za czyste zło czyhające w Hollywood. w życiu bohaterów sprawy nie przedstawiają się tak landrynkowo, jak mogłoby się wydawać. każdy z nastolatków ma problemy w domu, szkole, związkach, przyjaźni... wszystko jednak dzieje się na tle słonecznych plaż i pięknych wzgórz Beverly Hills.

muszę przyznać - 90210 ogląda się naprawdę przyjemnie. nie jest to oczywiście serial z głębszym przesłaniem, raczej należy do serii o nastolatkach dla nastolatków. uczęszczający do West Beverly Hills High uczniowie mają dla większości młodych widzów idealne życie: są piękni, mają bogatych rodziców, drogie samochody, ubrania, świetnych przyjaciół etc. pod tym względem jest to typowy, ładnie wyglądający serial. niestety, obawiam się, że więcej nie ma nam do zaoferowania.

90210 kontynuuje klasyczną ideę post-soapu - jest jednocześnie swego rodzaju tasiemcem (po 3 sezonach ma zdecydowanie takie zadatki), tak jak znane wszystkim opery mydlane, z drugiej zaś stara się odżegnywać od takich tradycji, upodabniając się bardziej do nowoczesnych seriali. fabuła wciąga, mimo iż nie jest specjalnie skomplikowana (tak, po obejrzeniu 3 odcinków dowolnego sezonu wiemy już wszystko o relacjach bohaterów i ich problemach); całość okraszona jest chwytliwymi kawałkami muzycznymi, do tego wspomniana już przeze mnie wyżej sceneria i voila, słupki oglądalności idą w górę. sama napędzam tę machinę, ale 90210 jest dla mnie oderwaniem od reszty seriali, takim w sam raz do obiadu, zresztą od czasów The O.C. mam sentyment do tego typu tasiemców. nie polecam bardziej wymagającym widzom.

hasta luego

6.05.2011

bones (kości)

zajączek nabrał tempa, więc muszę na krótką chwilkę powrócić do kryminalistyki…

czas na jeden z moich ulubieńszych post-soaps, czyli na liczącą już 6 sezonów opowieść o pozbawionej jakichkolwiek social skills pani doktor antropolog temperance brennan o wdzięcznym przezwisku bones, której towarzyszą: jej partner in crime (dosłownie!) – agent FBI seeley booth oraz pracownicy i stażyści instytutu Jeffersona w Waszyngtonie.

sama pani bones mówi o sobie, że lepiej rozumie umarłych, niż żywych. można i tak, prawda? bones jest socially awkward i za to właśnie ją uwielbiam! czapki z głów dla twórców serialu, którzy w miły sposób kreują tą postać. jej niedoskonałości w zakresie towarzyskim rekompensowane są przez jej geniusz intelektualny. mamy tu więc do czynienia z typowym obrazem lekko świrniętego i nieprzystosowanego społecznie naukowca, któremu dzięki swoim niebagatelnym umiejętnościom oraz pomocy sympatycznego agenta FBI udaje się rozwiązać wiele z pozoru nierozwiązywalnych zbrodni.

post-soap ten różni się jednak nieznacznie od opisywanych już wcześniej przeze mnie typowych przedstawicieli sophisticated crime story.
primo, sprawy badane przez zespół doktor brennan wespół z agentem boothem nie są zwykłymi sprawami. brzmi trochę trywialnie, wiem, ale to prawda. zwłoki ofiar zbrodni znajdują się albo w opłakanym stanie, albo w miejscach, w których nikt nigdy by się ich nie spodziewał – na przykład w gigantycznej tabliczce czekolady (!), prywatnym łóżku solarnym czy też w kabinie prysznicowej. nic bardziej ciekawego dla niezawodnej drużyny! im trudniejsze wyzwanie, tym więcej frajdy dla specjalisty od robaków i miłośnika teorii spiskowych – doktora hodginsa, jego uroczej małżonki angeli montenegro oraz przywódcy instytutu, byłej pani patolog kryminalnej cam saroyan.
secundo, ważną rolę odgrywają w tym post-soapie również relacje towarzyskie występujące między bohaterami. najważniejszy związek to oczywiście wciąż niespełnioną miłość doktor brennan i agenta bootha, którzy sami nie potrafiąc poradzić sobie ze swoimi uczuciami, niejednokrotnie udają się po pomoc do swojego nadwornego psychologa – młodego lancelota sweetsa (swoją drogą, rzeczywiście całkiem z niego sweet kąsek! w pewien dziecinny sposób…)
tercio, serial ten przyświeca propagowaniu popularności nauk ścisłych. pokazuje, że mimo braku social skills, geniusze pokroju doktor bones nie powinni wstydzić się swoich wyjątkowych zdolności! serial zdaje się proponować metodę wręcz przeciwną – embrace the geek inside you! :)

takim pozytywnym akcentem zakończę temat tradycyjnych seriali kryminalnych. mam nadzieję, że choć jeden uznacie za godny obejrzenia. ja muszę przyznać, że mnie zając zaraził manią na hawaii five-o. a może to nie sprawa zająca, tylko alexa o’loughlina…?

sweet dreams!

5.05.2011

modern family (współczesna rodzina)

skoro już jesteśmy przy komediach, zapoznam was z jeszcze jednym, przeuroczym serialem. Modern Family to sympatyczny post-soap z dwudziestominutowymi odcinkami wypełnionymi ciepłym, rodzinnym humorem.

mamy tutaj przedstawione losy jednego klanu. niby jeden, ale jakże barwny! jest głowa rodziny, związany z wiele od siebie młodszą kolumbijką Glorią Jay, jego córka Claire oraz syn Mitchell. każde z dzieci ma już własną rodzinę, Claire męża i trójkę dzieci, natomiast Mitch partnera życiowego oraz adoptowaną z Wietnamu córeczkę. oprócz tego jest jeszcze syn Glorii Manny, którego wychowują wspólnie z Jayem. jak możemy się domyślać patrząc na tytuł, cała familia jest niezwykle nowoczesna i zabawna. jej członkowie co chwilę są uczestnikami niespodziewanych sytuacji, co oczywiście jest dla publiczności niezwykłą rozrywką - większość z ów sytuacji jest niesamowicie zabawna. oprócz tego, dla równowagi, mamy również momenty wzruszające - i voila, przepis na doskonały serial komediowy zrealizowany.

a poważnie - wypełniony ciepłym humorem, propagujący zarówno rodzinne wartości jak i otwartość umysłu na nowe sytuacje, Modern Family jest bardzo... przytulny do oglądania. w sam raz, żeby się pośmiać i poprawić sobie humor.

cechą wyróżniającą Modern Family spośród innych seriali jest na pewno sposób, w jaki jest on nakręcony. mamy do czynienia z paradokumentem, czyli serialem stylizowanym na dokument. poszczególne sceny, gdzie jesteśmy naocznymi świadkami danych wydarzeń, przerywane są bezpośrednimi wypowiedziami bohaterów do kamery. sprawia to wrażenie, że znajdujemy się w samym centrum akcji, uczestniczymy w życiu tej rodziny. specyficzne ujęcia kamery wzmacniają to uczucie. jest to dość rzadko stosowany zabieg w serialach, przez co czyni ten konkretny interesującym i wartym uwagi.

warto dodać, że Modern Family zostało bardzo ciepło przyjęte przez publiczność oraz krytyków, a także dostało wiele nagród (w tym Emmy) oraz nominacji dla najlepszego serialu czy aktorów. serdecznie polecam zapoznać się z tym post-soapem, jeżeli tylko macie ochotę humor połączony z codziennymi-niecodziennymi małymi dramatami zwariowanej rodziny.

on to the next one!

4.05.2011

glee!

owszem, z wykrzyknikiem, właściwym jeżeli chodzi o mówienie o tym serialu. radosny! żywy! muzyczny! ale od początku.

zaczęłam oglądać ten post-soap... tak po prostu. nie, bo był szczególnie zapowiadany, to na pewno, raczej dlatego, że wciąż było mi mało i postanowiłam zabrać się za kolejnego świeżaka w nowym sezonie. na początku podchodziłam do sprawy sceptycznie, w końcu serial o szkolnym chórze? to raczej nie moja bajka (zwłaszcza, że mi osobiście szkolny chór kojarzył się przede wszystkim z chórem mojego liceum - panienki i chłopcy ubrani w długie do ziemi szaty, z białymi szalami wokół szyi... interesujące?). tymczasem Glee pozytywnie mnie zaskoczyło, na tyle pozytywnie, że znalazło się w gronie moich ulubionych seriali, a w tym momencie jestem w trakcie oglądania najnowszego odcinka - 19 drugiego sezonu.

zaczęło się niepozornie. grupa wyrzutków społeczności uczniowskiej i zaangażowany nauczyciel hiszpańskiego - z tego zrodziło się tytułowe glee, czyli szkolny chór. tyle, że serialowy, amerykański chór nie wygląda tak, jak moglibyśmy się spodziewać. dzieciaki wykonują znane piosenki ze starych czasów bądź nowe hity, a celem całego ćwiczenia jest wystąpienie w stanowym, a następnie ogólnokrajowym konkursie chórów szkolnych.
na grupę śpiewających uczniów składają się oczywiście same indywidua, mamy tutaj zakochaną w sobie oraz swoim talencie Rachel, kalekę Artiego, niezbyt mądrego futbolistę Finna, macho Pucka... a to zaledwie początek, ponieważ skład chóru powiększa się w kolejnych odcinkach. trzeba powiedzieć, że wszystkie te zupełnie różne od siebie osoby idealnie się uzupełniają a piosenki w ich wykonaniu są w większości przypadków naprawdę genialne (mówię w większości, ponieważ zdarzają się pojedyncze, oczywiście wybaczone, wpadki).

chór oczywiście napotyka problemy, ma przeciwników, jego członkowie są nękani przez popularnych uczniów... ot, rzeczywistość. dzieciaki jednak godnie stawiają czoła wszystkim przeciwnością, a motywuje ich do tego cały czas Will Schuester - nauczyciel-opiekun. w każdym odcinku można dostrzec subtelnie edukujący morał, który za każdym razem przekazany jest w przeuroczy i nienachalny sposób. całościowo show jest niesamowicie optymistyczny, z pozytywnym przekazem, kolorowy... sama przyjemność oglądania.

a także, oczywiście, słuchania! piosenki, starannie dobrane, wspaniale wykonane, są integralną częścią każdego odcinka. każda z nich dopasowana jest do aktualnie poruszanego tematu. Glee odniosło taki sukces, a wykonanie piosenek tak spodobało się publiczności, że regularnie wydawane są składanki z najlepszymi z nich.

nie wiem, w jaki sposób mogę jeszcze zachwalać ten show. jeżeli potrzebujecie czegoś rozweselającego, innego od wszystkich innych seriali obecnie wyświetlanych, na pewno powinniście sięgnąć po Glee. gwarantuję, że po kilku epizodach ciężko będzie wam się oderwać od Willa i jego dzieciaków wykonujących takie piosenki jak ta:



do następnego!

1.05.2011

hawaii five-0

po ponad tygodniowej nieobecności pora abym i ja coś napisała. ponieważ weszłyśmy w kategorię kryminalną, mogę podzielić się z wami moim ostatnim nałogiem - Hawaii Five-0.

wyjątkowy serial. koneserzy mogą kręcić nosem - ot, kolejny post-soap o policjantach, którzy w każdym odcinku rozwiązują inną sprawę. nic nowego, nic innowacyjnego, prawda? nieprawda. Hawaii Five-0, w moim odczuciu, jest inne. wciągające, zabawne, przyjemne.

wszystko zaczęło się w roku 1968. wtedy powstała pierwsza wersja tego serialu, bo obecne Hawaii jest - uwaga - remakiem. to zdarza się bardzo, ale to bardzo rzadko wśród seriali, więc samo w sobie już o czymś świadczy. pierwsza wersja zakończyła się w roku 1980, obecna przywróciła tytuł do życia 30 lat później, czyli w zeszłym roku. od tego czasu serial cieszy się rosnącą popularnością (a ja mam nadzieję, że tak już zostanie i powstanie drugi sezon).

ale do rzeczy. serial opowiada o grupie policjantów rezydujących oraz działających na Hawajach - co samo w sobie jet bajeczne, ze względu na scenerię, słońce, surfing... klimat serialu zdecydowanie zyskuje dzięki miejscu, w których usytuowana jest akcja. głównym bohaterem jest Steve McGarrett, który wraca na Hawaje (gdzie się urodził, a później, po śmierci matki wyjechał do USA) po śmierci ojca i rozpoczyna tutaj pracę w tytułowym Five-0. jest to oddział specjalny agentów pomagających rozwiązać trudniejsze i delikatniejsze sprawy, z którymi niekoniecznie poradziłaby sobie lub powinna się zajmować zwykła policja. McGarrettowi towarzyszą Danny Williams (świetny Scott Caan, prawdziwy talent komediowy), Chin Ho oraz jego kuzynka Kono. ta czwórka tworzy świetną, niepokonaną ekipę, która jak można się domyślać zawsze rozwiązuje powierzone im sprawy.

serial być może jet nieco schematyczny, ale zdecydowanie wyróżnia się spośród innych tego gatunku. ważnym elementem jest tutaj humor - zwłaszcza wzajemne docinki McGarretta oraz Danny'ego, którzy są partnerami. na samym początku darzą się niechęcią, jednak w kolejnych odcinkach rodzi się między nimi przyjacielska więź, a jak wiadomo, nie ma przyjaźni bez dogadywania sobie nawzajem :) mamy więc elementy komediowe, które przeplatają się ze świetną, szybką i nie zawsze przewidywalną akcją, a więc przepis na udany, wciągający serial. i takie właśnie jest Hawaii Five-0. zabawne, przyjemne do oglądania, trzymające w napięciu kiedy trzeba. polecam jako oderwanie się od wszystkich mrocznych wampirzych opowieści i obrzydliwych zakrwawionych operacji ;)

ciao!

p.s. o McGarretcie na pewno jeszcze wspomnę przy okazji przystojniaków serialowych - Alex O'Loughlin jest naprawdę... miły dla oka.

28.04.2011

csi: kryminalne zagadki...

za kilka chwil na axn zaczyna się co czwartkowy maraton kryminalny, więc w ramach mentalnego przygotowania postanowiłam wam trochę poprzynudzać.

csi: las vegas i jego dwa późniejsze spin-offy csi: miami oraz csi: new york. nie ukrywam, że jestem fanką tych serii. paradoksalnie nieszczególnie przepadam za oryginalną wersją rozgrywaną w mieście grzechu, jednak już kolejne warianty z gorącej florydy oraz big apple zyskały moją sympatię.

przebieg śledztw, które stanowią motor napędowy akcji serialu, inspirowany jest autentycznymi materiałami dowodowymi oraz raportami sporządzonymi przez prawdziwe organy ścigania na miejscu zbrodni, co czyni trylogię kryminalnych zagadek bardziej wiarygodną i niezwykle popularną wśród widzów.
jak wspomniałam we wcześniejszym poście wprowadzającym, te post-soaps nie skupiają się na siatce relacji interpersonalnych łączących bohaterów, nie znaczy to jednak, że owe relacje nie są ważne dla akcji. wręcz przeciwnie, w zbrodnie, do których rozwiązania dążą policjanci, niejednokrotnie zamieszani są ich znajomi czy członkowie rodziny. konflikty interesów, czy raczej dylematy moralne polegające na tym, czy chronić przed wymiarem sprawiedliwości swoich bliskich, to chleb powszedni dla bohaterów csi. zazwyczaj starają się oni dawać przykład postępowania etycznego, lecz niekiedy zmuszeni są do nadszarpania swoich zasad w imię większego dobra. czyż nie z tym samym borykamy się w naszym życiu codziennym?
to fakt, że bohaterowie seriali kryminalnych kreowani są prawie zawsze na super-bohaterów. w każdej wersji csi mamy do czynienia z dobrze naoliwioną maszyną w postaci zgranej drużyny dowodzonej przez wyróżniającą się autorytetem i doświadczeniem figurą. są nimi odpowiednio: gil grissom (specjalista entomolog), horatio caine (ekspert od ładunków wybuchowych) oraz mac taylor (były żołnierz piechoty morskiej). każdy z nich to samotnik, który poświęcił szczęście w życiu prywatnym na rzecz całkowitego oddania się swojej pracy. nie tylko przywódcy mają problemu w życiu osobistym. praca zawodowa jest również niezwykle ważna dla wszystkich członków kryminalnego zespołu. ich profesjonalizm i perfekcjonizm równoważy problemy w życiu społecznym, co charakterystyczne jest dla osób wybitnie uzdolnionych w danej dziedzinie nauki.

na koniec coś o czynniku, który czyni trylogię tych post-soaps atrakcyjną. cóż to takiego? ano montaż. twórcy wykorzystują często podział ekranu na mniejsze okna, w których dostrzec możemy poszczególne etapy procedur badawczych stosowanych przez detektywów pracujących nad daną sprawą. zabieg taki służy stworzeniu wrażenia intensywnej pracy zespołowej. czy taki schemat czegoś nam nie przypomina? o tak. gdzie indziej niezwykle popularne są okienka i ikonki? system Windows, voila! spokojnie, znajdzie się również i nawiązanie dla fanów firmy Apple. jednym z najbardziej popularnych wśród policjantów gadżetów są bowiem wszelakie ekrany dotykowe oraz palmtopy, na których wzorowane są dzisiejsze smartfony i inne iPady. przyznajcie, któż z nas nie chciałby się choć przez chwilę znaleźć w takim wszechmogącym laboratorium, by pobawić się tymi wszystkimi niezwykłymi zabawkami, huh? ja z pewnością bym chciała.

czas na rozwiązanie kilku kryminalnych zagadek... adios!

26.04.2011

kryminalnie

święta, święta i po świętach, chciałoby się rzec. czas najwyższy wrócić więc do normalności, co za tym idzie – również do naszego serialowego projektu.

opisując lie to me, zając zahaczyła już o coś, co będzie przedmiotem kilku kolejnych notek, czyli – sophisticated crime story (swoją drogą, całkiem niezła nazwa, prawda? ^^)
właśnie tak.

kryminalne, detektywistyczne, policyjne post-soaps są chyba najbardziej popularnym gatunkiem seriali w Polsce – nie bez przyczyny niedzielny wieczór w polsacie zaczyna się o 20 kolejnym epizodem csi: kryminalne zagadki miami, a kończy najnowszym odcinkiem kości. w końcu nie od dziś lubujemy się w oglądaniu, jak dobro po raz kolejny zwycięża zło. ponadto, sposób w jaki wszystkie te seriale są kręcone i montowane, daje nam poczucie, że to my, razem z bohaterami-detektywami demaskujemy złoczyńców. a kto nie chciałby choć na chwilę stać się a hero, huh?
doszły mnie głosy, iż seriale kryminalne są tak popularne, gdyż uczą kryminologii od podszewki. cóż. techniki współczesnej kinematografii z pewnością dają nam wrażenie, że i my z powodzeniem moglibyśmy analizować materiały dowodowe, odciski palców czy przeszukiwać miejsca zbrodni, by dopaść a bad guy. na tym polega atrakcyjność tychże post-soaps. wdają się one bowiem w dyskurs pseudonaukowy z widzem, który niekiedy owocuje wybraniem naukowej specjalizacji jako swojego przedmiotu wiodącego w szkole czy też odbudowaniem złej reputacji, którą posiada instytucja policji.

w przeciwieństwie do pozycji medycznych, w sophisticated crime stories relacje interpersonalne bohaterów nie są najważniejsze. są tylko wisienką na pokaźnym, smakowicie wyglądającym torcie. zazwyczaj mamy tu do czynienia z romansami wśród współpracowników, skomplikowanymi więziami rodzinnymi oraz przyjaźniami na śmierć i życie. bo to przyciąga ludzi przed telewizory – zwycięstwo dobra nad złem w postaci nierzadko nieźle się prezentującej, prawie zawsze niezawodnej drużyny detektywów i policjantów.

15.04.2011

lie to me (magia kłamstwa)

natchniona wczorajszym dniem (o tym później) postanowiłam opisać wam kolejny serial, inny niż dotychczas opisane, a kto wie czy nie inny od wszystkich w ogóle.

mowa o Lie To Me (Magia kłamstwa). głównym bohaterem tego post-soapa jest Cal Lightman - doktor specjalizujący się w odczytywaniu prawdomówności ludzi z mikroekspresji ich twarzy. samo w sobie jest to niezwykle interesujące i wciągające, a do tego postać Lightmana jest bardzo ciekawie zbudowana. nieco arogancki, przekonany o swojej nieomylności, chodzący własnymi ścieżkami samotnik... no właśnie, czy to wam kogoś nie przypomina? Lightman idealnie wpasowuje się w popularny ostatnio zarys house'owy. przestaliśmy lubić bohaterów idealnych, wiecznie uśmiechniętych i pomocnych. teraz bardziej mroczne, zdecydowanie mniej pozytywne, skupione na sobie i nie dbające o opinię innych ludzi postacie kręcą widownię najbardziej.

w Lie to Me mamy Lightmana, który zajmuje się pomaganiem (według własnego widzimisię) policji, innym instytucjom, a także prywatnym osobom w rozwiązywaniu różnorodnych problemów. zabójstwa, oszustwa, zdrady - sprawy, którymi zajmuje się biuro Lightmana są przedstawione w klasyczny dla seriali kryminalnych sposób. w tle przewijają się wątki z życia prywatnego doktora: była żona, oraz nastoletnia córka, którą Cal się opiekuje. oprócz tego obserwujemy kilka osób tworzących grupę pracującą dla Lightmana, zarówno w pracy jak i w życiu prywatnym.

Lie To Me z jednej strony jest dosyć klasycznym serialem o zacięciu kryminalnym, z drugiej zaś bierze na tapetę ciekawy, dotąd jeszcze nie eksploatowany temat - czytanie prawdy z mikroekspresji twarzy. takie ujęcie tematu, orzekanie o winie na podstawie maleńkich, ledwie widocznych grymasów twarzy jest zarówno interesujące jak i kontrowersyjne. podkreślają to twórcy serialu, często wprowadzając postacie, które poddają pod wątpliwość osąd Lightmana.



co jeszcze poza ciekawym ujęciem niecodziennego w gruncie rzeczy tematu, sprawia, że serial ten jest tak ciekawy? niewątpliwie czynnikiem tym jest Tim Roth wcielający się w rolę Cala Lightmana. aktor, który grał u Tarantino, Leigh, Frearsa... zrobił naprawdę zawrotną karierę, pracował z najlepszymi, a ostatnio postanowił stanąć po drugiej stronie kamery i nakręcił własny film. dlaczego wspominam o samym aktorze? otóż z okazji odbywającego się właśnie w Krakowie festiwalu OffPlusCamera, Roth odwiedził nasze miasto. miałam okazję uczestniczyć w Master Classie, który odbył się w Kijow.Centrum i, mój boże, muszę wam powiedzieć, że Tim Roth jest naprawdę niesamowitym człowiekiem! ilość anegdot, którymi zasypał nas podczas tego wywiadu, jego sposób bycia (nieco nadpobudliwy, nie mógł usiedzieć w miejscu), ciągłe chichotanie i uciekanie w dygresje... naprawdę, uważam ten czas za świetnie spożytkowane dwie godziny. muszę podkreślić, że aktor jest wręcz przeciwieństwem postaci, którą gra w Lie To Me. radosny, niezwykle kontaktowy, nie tak jak nieco gburowaty i cyniczny Lightman. po tym wywiadzie zapałałam do Rotha jeszcze większą niż dotychczasowa sympatią. polecam wam zarówno serial, jak i filmy z jego udziałem, a jeżeli gdzieś będzie dostępny zapis ów Master Classu, na pewno się z wami podzielę - bo warto!
hasta luego!

13.04.2011

pan gregory house.

a friendly warning: ciągle jestem bardzo podekscytowana z powrotu trzynastki do serialu w przed-wczorajszym odcinku, więc czasami mój entuzjazm może zakrawać o infantylizm, za co z góry wszystkich serdecznie przepraszam.

7 sezonów. prawie 7 lat. 150 odcinków. dwa Złote Globy. trzy nagrody Emmy. dwie nagrody Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych (SAG) dla odtwórcy głównej roli – Hugh Lauriego. ‘najlepszy dramat medyczny od czasu debiutu Ostrego Dyżuru’ według the Washington Post. miliony widzów na całym świecie.
tak w telegraficznym skrócie przedstawia się statystyka tego serialu. serialu, którego choćby jeden odcinek obejrzał każdy z nas. bo na pytanie ‘czy możesz wymienić nazwisko jednego serialowego lekarza?’ istnieje tylko jedna odpowiedź. to właśnie Dr House.

gregory house jest bez wątpienia genialnym lekarzem. wcale nie przeszkadza mu w tym fakt, że jest kaleką uzależnionym od leków przeciwbólowych. jego cechą rozpoznawczą stał się natomiast cynizm, który w przypadku tej postaci nie tylko definiuje jego osobowość, lecz zarazem nakręca fabułę tego post-soap. źródła podają nawet, iż house m.d. jest uosobieniem amerykańskiej kultury cynizmu. czy taka kultura w ogóle istnieje to temat na odrębną pracę; pewna jednak jestem, że gdyby nie ta cecha charakteru głównego bohatera, serial nie zyskałby takiej popularności na całym świecie.
poza ociekającym zewsząd cynizmem, mamy również do czynienia z ateizmem oraz swoistą alienacją bohatera. house ma tylko jednego przyjaciela – onkologa doktora wilsona; po opuszczeniu go przez partnerkę stacy, house zaspokaja swoje potrzeby seksualne z różnej maści prostytutkami, by zabić w zarodku jego kiełkujące się uczucie do swojej przełożonej – doktor lisy cuddy. mamy również (nie)zawodny zespół house’a, czyli młodych lekarzy/stażystów/studentów medycyny, którzy odwalają za niego czarną robotę przy rozwiązywaniu kolejnej sprawy…
dokładnie tak. nieprzypadkowo użyłam tutaj tego zwrotu, bowiem sposób, w jaki house i jego ekipa próbują zdiagnozować niediagnozowalne przypadłości swoich pacjentów zakrawa niekiedy o bardzo zaawansowane techniki detektywistyczne: wywiad środowiskowy to nie tylko zebranie historii choroby pacjenta, ale również włamanie do domu chorego w celu znalezienia czegoś, co delikwent ukrył przed lekarzami. w końcu, zgodnie z główną maksymą pana grega house’a – everybody lies, right?
w serialu zauważyć możemy również wiele ciekawych nawiązań do sztandarowej pozycji literatury detektywistycznej, czyli oczywiście opowieści o sherlocku holmesie pióra sir arthura conan doyle’a. poczynając od podobnego brzmienia nazwisk obu panów, przez nieortodoksyjne metody badawcze i niechęć do zajmowania się niezbyt interesującymi przypadkami, a na adresach zamieszkania obu bohaterów kończąc (słynna Baker Street 221B). zapomnieć nie można też o wiernym towarzyszu holmesa – watsonie, którego rolę w serialu pełni nie tylko doktor wilson (znów podobne brzmienie nazwiska do pierwowzoru), ale również wspaniała ekipa lekarzy house’a.

nie chcę wchodzić w szczegóły interakcji łączących poszczególnych bohaterów serialu, bo one – w przeciwieństwie do Grey’s Anatomy – nie stanowią motywu przewodniego fabuły. w tym post-soap czynnikiem napędzającym akcję jest tylko jedna osoba - wielki cynik, geniusz i indywidualista, doktor house. to on ma ostatnie zdanie w rozwiązywaniu ciekawych przypadków. to on jest zawsze górą w sporach z cuddy i wilsonem. to on musi wiedzieć wszystko o życiu prywatnym swoich podwładnych. słowem – jest sam sobie bogiem. i za to go chyba wszyscy tak uwielbiają. za to, że nie przeprasza za swoje zachowanie. za to, że po trupach dąży do celu, niejednokrotnie łamiąc etykę lekarską, jak i zasady moralne. wreszcie za to, że tak różni się od innych bohaterów, których mamy przyjemność oglądać na ekranach telewizorów. bo house jest tylko jeden. i na zawsze pozostanie!

na koniec zobaczmy, jak jurorzy Amerykańskiego Instytutu Filmowego (AFI) na rozdaniu nagród w roku 2005 uzasadnili swój wybór: House na nowo definiuje pojęcie medycznego show telewizyjnego. Nie ma tu wyidealizowanych lekarzy, którzy znają odpowiedzi na wszystkie medyczne pytania albo wózków z chorymi, które błyskawicznie przemierzają szpitalne korytarze. House skupia się na farmakologiczno-intelektualnej stronie bycia lekarzem. Metoda prób i błędów współczesnej medycyny zręcznie wykraczająca poza klasyczny, metodyczny format oraz oczywiście błyskotliwy, ale omylny doktor – oto dopełnienie przepisu, doskonały symbol nowoczesnej medycyny.
jak widać na załączonym obrazku, nie tylko ja zachwycam się tym serialem.
ciao.

12.04.2011

niespodzianka!

trochę prywaty na dobry początek...

po raz kolejny życzę kochanemu Zajączkowi a very happy birthday! dużo szczęścia, miłości, alexa pettyfera (!), zadowolenia z ulubionych post-soaps, zero zakalców i jeszcze więcej pysznych muffinek :), roztańczonych kolejnych dwudziestu lat życia i spełnienia wszystkich zwariowanych marzeń! :)
życzą alex t i alex p! haha! ^^.


i tak całkiem by the way, barrrrrdzo bym sobie życzyła, żeby ten przystojniak wystąpił w jednym z naszych ulubionych seriali. nie musi być główna rola, naprawdę. zwyczajne malutkie cameo. błagam...! w ramach prezentu urodzinowego dla Zająca, co? przecież nie proszę o wiele.

wieczorem (tudzież jutro z rana...) rzucę coś o housie, obiecuję. najnowszy, 150 (!) odcinek zmotywował mnie do pracy.
stay put, fellow post-soaps lovers!

10.04.2011

winda

a propos opisanego niżej Grey's Anatomy... winda! na filmiku możecie zobaczyć, że jest to naprawdę istotny i często pojawiający się element. kto by przypuszczał, że na tej małej, zamkniętej przestrzeni może się tyle wydarzyć ;)

grey's anatomy (chirurdzy)

oglądając właśnie kolejny epizod True Blood (tak, zostałam ostatnio wciągnięta do grona fanów, dzięki za kolejnego złodzieja czasu), postanowiłam podzielić się z wami moją miłością do Grey's Anatomy.

siedem sezonów, wiele godzin oglądania i zero poczucia zmarnowanego czasu. post-soap przedstawiający losy doktorów pracujących w Seattle Grace Hospital znajduje się na absolutnym pierwszym miejscu w moich ulubionych. jest niezwykle popularnym serialem (7 serii, wciąż do kontynuacji), wydaje mi się, że zastąpił najpopularniejszy (nie tylko wśród tych o tematyce medycznej, ale wśród seriali w ogóle) post-soap - ER (Ostry Dyżur). podobny klimat, ogólny schemat wydarzeń... typ serialu, który jeżeli zaczniesz oglądać, ciężko się później oderwać. w polskiej telewizji mamy nieco gorszą wersję takiej serii, uwielbianą przez niezaznajomionych jeszcze z rynkiem amerykańskich seriali widzów - nasze rodzime Na dobre i na złe, z ponad 400 odcinkami i liczbą widzów wciąż utrzymującą się na poziomie 5mln. naszemu tasiemcowi jednak bliżej do klasycznej telenoweli niż post-soap, co nie zmienia faktu, że znajdziemy pewne podobieństwa do kultowych seriali medycznych z USA.

ale do rzeczy. Grey's Anatomy, gdzie w roli narratora występuje główna bohaterka Meredith Grey (w tym miejscu należałoby podkreślić świetny dobór tytułu, mający podwójne znaczenie - pierwsze to tytuł znanej książki, Gray's Anatomy of The Human Body, biblii lekarzy, drugie to oczywiście nawiązanie do nazwiska głównej bohaterki, która zapoznaje nas ze swoim wnętrzem, anatomią w przenośnym tego słowa znaczeniu), wprowadza nas w świat zawiłych relacji interpersonalnych między doktorami pracującymi w Seattle Grace Hospital. obserwujemy życie zawodowe oraz prywatne grupy stażystów oraz rezydentów pracujących na oddziale chirurgii. mamy tutaj przegląd wszystkich możliwych typów - pana idealnego (McDreamy!), superambitną, pesymistę, podrywacza, trzpiotkę... niczym w małym społeczeństwie. i, jak to w społeczeństwie bywa, osobniki łączą się w pary, kłócą, rywalizują, nawiązują kontakty seksualne. każdy z bohaterów ma również w sobie element tajemnicy, co oczywiście ujawnia się z czasem. Grey's Anatomy jest słodko-gorzki, łączy przyjemny, nienarzucający się humor z dramatami rozgrywającymi się w szpitalu oraz w życiach bohaterów. klasyczny schemat i ciepło przyciąga rzeszę fanów przed odbiorniki w każdy czwartek.

oczywiście w każdym odcinku pojawiają się przypadki medyczne - w końcu akcja dzieje się w szpitalu. możemy oglądać najróżniejsze urazy, choroby i wypadki, od zwykłego wyrostka aż po widelec wbity w szyję (!). z niektórymi pacjentami sympatyzujemy, z innymi niekoniecznie. zawsze jednak kibicujemy lekarzom, którzy rozwiązują dany przypadek, zwłaszcza, że często sukcesy w pracy wpływają na ich humor oraz życie osobiste w ogóle.
osobnym tematem jest muzyka używana w poszczególnych scenach. idealnie (moim zdaniem) dobrana, zawsze doskonale podkreślająca ważne momenty, ze słowami pasującymi do sytuacji... naprawdę genialne zestawienie piosenek zarówno nostalgicznych jak i energicznych.

gdybym spróbowała odpowiedzieć na pytanie, co tak właściwie wpływa na niesamowitą popularność Grey's Anatomy, nie wiem, czy dałabym radę odpowiedzieć jednoznacznie. na pewno mają na to wpływ idealnie wyważone proporcje humoru oraz dramatyzmu. oprócz tego ładnie wyglądający (jakby to było niecodzienne...) bohaterowie, ciekawe przypadki medyczne, muzyka, miłości, miłości, miłości... właśnie. czy to możliwe, by serial był tak chętnie oglądany ze względu na zwyczajną ciekawość i skłonności plotkarskie ludzi? pokazywanie wszystkich romansów, zdrad i zauroczeń jest przecież trochę jak podglądanie. tylko zamiast podglądać sąsiadów, oglądamy Grey's Anatomy.

być może, być może. nie jestem w stanie w prostych słowach opisać, dlaczego ten serial jest mi tak bliski. same postacie, ich charaktery (każdy może się z chociaż jedną z nich identyfikować), problemy bardzo życiowe, wzloty i upadki, muzyka, śmiech i łzy... wszystko, idealnie skomponowane. może nie powinnam już więcej rozwodzić się nad zaletami Grey's Anatomy, bo ewidentnie zaczęłam przynudzać, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów uwielbienia. odsyłam was zatem do pierwszego epizodu pierwszej serii, abyście sami przekonali się, czy i was zafascynują losy lekarzy z deszczowego Seattle.

7.04.2011

medycznie

otóż to. kolejna kategoria wciągających post-soaps. tym razem rzecz dzieje się w szpitalach, prywatnych praktykach, gabinetach... najważniejsze, że głównymi bohaterami są lekarze wszelkiej maści - od tych do rany przyłóż, aż po gburowatych wszystko-wiedzących jerks (chyba wszyscy wiemy o kogo chodzi?!). seriale mieszczące się w tej kategorii mają niesamowitą moc przyciągania widzów, wydaje mi się wręcz że plasują się na pierwszym miejscu wraz z serialami kryminalnymi. już od czasów ER (Ostry Dyżur) (15 sezonów!), po dzisiejsze Grey's Anatomy i House'a, medyczne post-soaps święcą triumfy wśród publiczności.

co jest w nich takiego zachwycającego? na pewno nie ma zbyt skomplikowanej fabuły, przeważnie po obejrzeniu kilku odcinków możemy dopatrzeć się schematu rozwiązywania problemu/choroby przez bohaterów serialu. współczesnym czynnikiem przyciągającym ludzi do ekranów telewizorów (komputerów) są złożone charaktery oraz relacje między nimi. przypadki medyczne, które omawiane są w poszczególnych odcinkach, to zaledwie tło do nakreślenia złożoności poszczególnych postaci. w kolejnych notkach przyjrzymy się (baaardzo dokładnie) serialom Grey's Anatomy oraz House, właściwie dwóm dość skrajnie różnym typom z kategorii medycznych. stay tuned!

6.04.2011

moonlight (pod osłoną nocy)

kończąc wampiryczną tematykę (for now… ^^) należałoby jeszcze wspomnieć o wyprodukowanym dla amerykańskiej stacji CBS post-soap pod tytułem moonlight. pierwszy odcinek zagościł na małym ekranie 28 września 2007 roku, a kolejnych piętnaście kontynuowało swój żywot aż do 16 maja roku następnego. niestety końcówka roku 2007 nie sprzyjała krwiopijcom w pozyskaniu masy fanów, więc na szesnastu epizodach wszystko się skończyło. strajk amerykańskich scenarzystów spowodował, iż włodarze stacji – ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu! - zrezygnowali z tego osobliwego projektu na dobre. nie pomogły nawet protesty rzeszy fanów, którzy po dzień dzisiejszy ciągle mają nadzieję na wielki powrót detektywa micka st. johna.
nie ukrywam, że moja przygoda z moonlight rozpoczęła się z niezbyt honorowych pobudek, haha! o tak. to były te czasy, kiedy serial oglądało się z reguły po to, by powzdychać na widok przystojnych aktorów (alex o’laughlin & jason dohring!). moje nastawienie uległo zmianie po zaledwie dwóch odcinkach serii. osobliwość moonlight polega bowiem na tym, że nie jest to zwykły serial o wampirach. nie jest to również tylko i wyłącznie banalna historia miłości między krwiopijcą a człowiekiem. moonlight to mieszanka obu tych gatunków, na deser całkiem zgrabnie podszyta wątkami czegoś, co autorzy naszego przewodnika po post-soaps nazywają sophisticated crime story.
główny bohater, detektyw mick st. john, jest wampirem. wampirem stosunkowo jednak młodym, przemienionym przez swoją wampirzą żonę w ich noc poślubną. nietrudno się domyśleć, że małżeństwo to nie wytrzymało próby czasu, prawda? anyway. mick nie może pogodzić się ze swoją wampirzą dolą, co jest przedmiotem drwin ze strony jego najlepszego przyjaciela – jednego z najstarszych krwiopijców w los angeles – josefa kostana. nie można zapomnieć o utalentowanej dziennikarce beth turner, która zaprzyjaźnia się z naszym uroczym detektywem, a w końcowych odcinkach serii zamienia się w kogoś więcej niż tylko przyjaciółkę. nawiasem mówiąc, beth i mick tworzą naprawdę zgraną parę. w momencie, gdy blondynka dowiaduje się, kim (a może raczej czym…) naprawdę jest detektyw st. john, wcale nie ma zamiaru atakować go osinowym kołkiem bądź święconą wodą, która – notabene – wcale na wampiry nie działa. nie szkodzi im również słońce, bynajmniej do momentu, kiedy chronią przed jego intensywnymi promieniami swoje wrażliwe oczy i nie przebywają zbyt długo na zewnątrz. wampiry w la, jak na mieszkańców californii przystało, są nowoczesne i bardzo hip, tak więc nie śpią w trumnach. to by uwłaczało ich godności, czyż nie? wygodnym posłaniem micka jest ludzkich rozmiarów zamrażarka. comfy, huh? poza tym, mick stara się nie wykorzystywać ludzi do zdobywania pokarmu. krew dostarcza mu serdeczny przyjaciel micka, wampir guillermo pracujący w kostnicy. nie tak odżywia się jednak josef. jak na krwiopijcę starej daty przystało, josef posiada swoje freshies – ludzkie kobiety, które dobrowolnie oddają mu swoją krew. high life, isn’t it?
ostatnią rzeczą, która odróżnia wampiry z moonlight od innych przedstawicieli swojego gatunku to fakt, że są one… normalne. nie potrafią czytać w myślach jak edward cullen, czy też modyfikować pamięci niczym bracia salvatore. mają tylko świetny słuch i dobrze rozwinięty zmysł równowagi. scenarzyści jednak nie uczynili z nich na siłę superbohaterów, co z pewnością dodaje serialowi wiele wdzięku.



myślę, że przyszedł czas na zakończenie naszej krwistej mini-podróży. nawet jeśli nie zdołałyśmy nikogo przekonać do obejrzenia którejś z proponowanych przez nas pozycji, mam nadzieję, że nikogo również nie zniechęciłyśmy... :)
au revoir.

5.04.2011

pamiętniki wampirów w krzywym zwierciadle.

i tak na dobranoc może jeszcze coś dla fanów pamiętników wampirów, czyli parodia w wykonaniu The Hillywood Show! (:

show me your teeth, awwwwr! ^^